




Zawód bez twarzy?
Nie administrator. Nie kierownik biura. Kto naprawdę dziś zarządza miejscem pracy?
Kiedy Paweł Łagoda zaczynał pracę w 1996 r., jego narzędziami były maszyna do pisania i weksel in blanco. 30 lat później siada z prezesem i – jak sam mówi – wytrąca mu argumenty z rąk. To nie metafora kariery jednego człowieka. To historia całego zawodu, który wciąż nie wie, jak się nazywa.
Zawód bez twarzy
Office manager, workplace manager, facility manager, administrator, koordynator ds. środowiska pracy. W polskich organizacjach te tytuły nakładają się, zastępują i mylą – często na tej samej liście płac. Problem nie jest jednak kosmetyczny. Za chaosem nazewniczym kryje się głębszy deficyt: brak wspólnego rozumienia, czym ta rola w ogóle jest i czym powinna być.
Przez lata odpowiedź była prosta: to ten, który dba, żeby było ciepło, czysto i żeby krzesła nie skrzypiały. Administracja jako funkcja serwisowa, podporządkowana, reaktywna. Centrum kosztów, nie centrum wartości.
Pandemia brutalnie zrewidowała tę narrację.
COVID-19 jako katalizator
„Najlepsze, co mogło nam się wydarzyć" – tę prowokacyjną ocenę Łagoda wypowiada bez wahania. Nie chodzi o bagatelizowanie kryzysu, ale o to, że pandemia wymusiła coś, czego żadna konferencja branżowa nie była w stanie wymusić przez dekadę: organizacje musiały zapytać, po co im właściwie biuro.
I okazało się, że nie wiedzą.
W tej próżni pojawił się ktoś, kto wiedział. Workplace manager – osoba, która od lat gromadziła dane o tym, jak ludzie faktycznie korzystają z przestrzeni, kiedy przyjeżdżają, gdzie siadają, które strefy świecą pustkami w poniedziałki. Kiedy zarządy zaczęły pytać „ile nam tak naprawdę potrzeba powierzchni?", odpowiedź mogła przyjść tylko z jednego miejsca.
To był moment, w którym rola przestała być serwisowa. Stała się strategiczna.
Przewaga, której HR nie ma
Jest jeden argument, który Łagoda przytacza jako dowód na unikalność swojej pozycji w organizacji. Brzmi niepozornie, ale zmienia wszystko.
„HR stwierdzi, że ktoś jest – ja wiem, że nie".
HR operuje na danych deklaratywnych i administracyjnych: kto jest zatrudniony, kto ma umowę, kto raportuje obecność. Workplace manager operuje na danych rzeczywistych: kto faktycznie przyszedł do biura, w jakich godzinach, jak długo, z kim. Systemy kontroli dostępu, czujniki obecności, rezerwacje sal – to są dane operacyjne, ale w rękach kogoś, kto potrafi je interpretować, stają się wywiadem strategicznym.
Organizacja zatrudnia 500 osób. Biuro zapełnia się w 40%. Który dział przychodzi najczęściej? Kiedy są szczyty? Czy nowi pracownicy integrują się z zespołem, czy siedzą sami przy hotdeskach? Na żadne z tych pytań HR nie odpowie szybciej niż workplace manager.
To jest przewaga, którą warto nazwać wprost: dostęp do prawdy o organizacji, jakiej nie ma żaden inny dział.
Klient wewnętrzny, którego nie ma na liście
Każda funkcja w organizacji ma swojego klienta. Dział IT obsługuje użytkowników systemów. Finanse obsługują zarząd i właścicieli. HR obsługuje pracowników i menedżerów liniowych. A workplace manager? Obsługuje wszystkich naraz – i właśnie to jest jego największy problem strukturalny.
Prezes chce wiedzieć, ile kosztuje metr kwadratowy i czy można to ograniczyć. CFO chce optymalizacji kosztów najmu i przewidywalności wydatków. CHRO chce środowiska, które przyciąga talenty i wspiera kulturę. Menedżerowie chcą, żeby ich zespoły miały gdzie usiąść w środę rano. Pracownicy chcą, żeby kawa była ciepła, a klimatyzacja nie wiała w kark. Wszyscy są klientami. Nikt nie jest właścicielem funkcji.
To rozmycie odpowiedzialności tworzy paradoks: workplace manager odpowiada za środowisko pracy wszystkich, ale nie raportuje do nikogo, kto ma mandat do decydowania o wszystkim. W praktyce trafia do struktury, w której jego przełożonym jest dyrektor administracyjny albo dyrektor operacyjny – ktoś, kto sam nie ma bezpośredniego dostępu do strategii biznesowej. Łagoda tę pułapkę zna doskonale: 30 lat w zawodzie to 30 lat negocjowania, czyj głos liczy się bardziej.
Wyjście z tej pułapki nie polega na wyborze jednego klienta kosztem pozostałych, ale na zdefiniowaniu, kto w organizacji jest sponsorem strategicznym funkcji workplace – i na zbudowaniu z nim relacji, która wykracza poza kwartalne raporty o kosztach eksploatacji.
Język, którego nie uczą na szkoleniach
„Dzisiaj siadam z prezesem i wytrącam mu argumenty z rąk" – w tym zdaniu Łagody kryje się program kompetencyjny, którego nie znajdziesz w żadnym kursie workplace managementu.
Wytrącenie argumentu z rąk to nie agresja. To przygotowanie. Oznacza, że zanim prezes powie „ograniczamy powierzchnię o 30%", workplace manager ma już gotową odpowiedź: dane o faktycznym wykorzystaniu biura, model kosztów alternatywnych, analizę wpływu na retencję, projekcję potrzeb na kolejne pięć lat. Nie prosi. Nie protestuje. Pokazuje liczby, które sprawiają, że decyzja o cięciu nagle przestaje być oczywista.
To wymaga zupełnie innego języka niż ten, w którym większość workplace managerów jest ukształtowana. Język operacyjny – zgłoszenia, przeglądy, protokoły, usterki – jest precyzyjny i użyteczny wewnątrz funkcji. Jest niewidoczny dla zarządu. Język biznesowy – koszt utraconych możliwości, wpływ na produktywność, ryzyko rotacji, wartość marki pracodawcy – to jedyny język, który otwiera drzwi do prawdziwych decyzji.
Łagoda przez trzy dekady uczył się tego języka w praktyce: przy wymianie floty 1500 aut dla Orange (170 osób zaangażowanych przez miesiąc), przy planowaniu biur dla organizacji liczących tysiące pracowników, przy analizach, które musiały przekonać nie entuzjastów workplace, ale sceptycznych dyrektorów finansowych. Nie ma skrótu do tej kompetencji. Ale jest punkt wyjścia: przestać raportować o tym, co się zrobiło, a zacząć raportować o tym, co to oznacza dla biznesu.
Niewidzialny sukces
Jest specyficzna cecha dobrego workplace managementu, która czyni go wyjątkowo trudnym do obrony w organizacji: kiedy działa perfekcyjnie, jest niewidzialny.
Nikt nie chwali klimatyzacji, która utrzymuje idealną temperaturę. Nikt nie zauważa, że recepcja zawsze działa sprawnie, że sala konferencyjna jest zawsze przygotowana, że nowy pracownik od pierwszego dnia ma wszystko, czego potrzebuje. To staje się oczekiwanym stanem normalnym – i właśnie dlatego jest politycznie bezwartościowe. Organizacja dostrzega workplace managera tylko wtedy, gdy coś idzie nie tak: gdy jest za gorąco, gdy system rezerwacji sal się zawiesił, gdy przeprowadzka przeciągnęła się o tydzień.
Łagoda tę dynamikę opisuje zdaniem, które brzmi jak paradoks: „Prawda czasem boli, ale otwiera oczy". W kontekście jego kariery to zdanie ma konkretne znaczenie. Dobry workplace manager musi nauczyć się aktywnie komunikować wartość swojej pracy – zanim ktoś zapyta, a nie dopiero gdy coś zawiedzie. Musi sprawić, żeby niewidzialny sukces stał się widoczny: przez dane, przez raporty, przez regularne rozmowy z klientami wewnętrznymi, przez pokazywanie alternatyw, których uniknięto.
To jest praca sprzedażowa – i wielu workplace managerów jej nie lubi albo nie umie wykonywać. Wywodzą się z kultur technicznych lub administracyjnych, gdzie dobra robota mówi sama za siebie. W organizacji, gdzie budżety są przedmiotem negocjacji, a każda funkcja walczy o zasoby, milcząca dobra robota przegrywa z głośno komunikowaną przeciętną.
Problem z awansem
Jeśli rola jest tak cenna, dlaczego wciąż tak rzadko trafia do sal zarządu?
Część odpowiedzi leży w historii zawodu. Przez lata rekrutowano do niego ludzi z zaplecza administracyjnego, technicznego lub Facility Management – profili nastawionych na wykonawstwo, nie na doradztwo. Niewielu z nich miało narzędzia, żeby rozmawiać z biznesem językiem biznesu: kosztów, ryzyka, ROI, strategii lokalizacyjnej.
Drugą częścią odpowiedzi jest struktura raportowania. Workplace manager podlegający dyrektorowi administracyjnemu nigdy nie będzie miał dostępu do prezesa. Workplace manager jako partner dla CFO lub CHRO – owszem. Organizacje, które tę zmianę już przeprowadziły, mają przewagę. Reszta wciąż traktuje biuro jako koszt do minimalizacji, nie jako narzędzie do zarządzania.
Trzecia część – najtrudniejsza – to kwestia odwagi. „Prawda czasem boli, ale otwiera oczy" – mówi Łagoda. Workplace manager, który chce być partnerem zarządu, musi być gotowy dostarczać informacje, których zarząd nie chce słyszeć: że biuro jest za duże, lokalizacja nie służy rekrutacji, model pracy hybrydowej przyjęty rok temu nie działa tak, jak zakładano. To wymaga innego charakteru niż dbanie o to, żeby w kuchni było mleko.
AI: narzędzie czy zagrożenie?
Branża workplace od kilku lat żyje w cieniu jednego pytania: czy sztuczna inteligencja zastąpi workplace managera? Dane z rynku są na razie jednoznaczne – i zaskakujące.
Firmy wdrażające narzędzia AI do zarządzania przestrzenią (systemy rezerwacji, analityka zajętości, predykcja potrzeb) nie redukują zatrudnienia w tych działach. Przeciwnie – praca rośnie. Microsoft Copilot, wdrażany w korporacjach za ok. 3 tys. dol. rocznie na osobę z obietnicą oszczędności na zasobach ludzkich, w praktyce generuje więcej zadań analitycznych, niż eliminuje.
Łagoda ma na to celną diagnozę: „AI to interfejs między białkiem a maszyną. Maszyna to organizacja – ona nie ma uczuć".
Innymi słowy: AI może przetworzyć dane, zoptymalizować algorytm, wygenerować raport. Ale ktoś musi zdecydować, co z tym raportem zrobić, porozmawiać z pracownikami, którzy nie chcą wracać do biura, przekonać zarząd, że oszczędność na powierzchni jest złudzeniem, jeśli niszczy kulturę współpracy.
Ten ktoś to workplace manager. I tej funkcji AI nie zastąpi – przynajmniej nie w perspektywie, którą warto brać pod uwagę przy planowaniu biura na 2032 r.
Planowanie na lata, których jeszcze nie ma
To zdanie – „planowanie biura na 2032 r." – brzmi absurdalnie w świecie, który nie był w stanie przewidzieć pandemii. A jednak jest dokładnie tym, czego oczekuje się od dojrzałego workplace managementu.
Decyzje o powierzchni biurowej są decyzjami 10-letnimi. Umowy najmu, fit-outy, systemy techniczne – to wszystko nie zmienia się co rok. Tymczasem organizacje często podejmują te decyzje w horyzoncie 18 miesięcy, reagując na aktualne trendy zamiast prognozując potrzeby.
Dojrzały workplace manager to ktoś, kto potrafi zbudować model: jak zmieni się zatrudnienie, jaka będzie struktura pracy hybrydowej, jakie kompetencje będą potrzebne, jak zmieni się demografia pracowników. I kto potrafi przełożyć to na decyzję: ile metrów, jakiego rodzaju, gdzie.
Bain & Company, analizując własną sieć 80 biur i 20 tysięcy pracowników, przetworzyło 30 tysięcy ankiet i spędziło dwa lata budując modele AI wspierające te decyzje – po to, żeby dojść do wniosku, że cel to 10 m² na osobę. Nie wszystkie organizacje mają zasoby Bain. Ale każda organizacja stoi przed tym samym pytaniem: ile biura potrzebujemy za 5-8 lat?
I każda potrzebuje kogoś, kto potrafi na nie odpowiedzieć.
Cztery ery, jeden zawód
Łagoda dzieli 30 lat swojej kariery na cztery ery – i to nie jest podział dla porządku prezentacji. To mapa tego, jak zmieniało się środowisko, w którym workplace management musiał działać, i jak za każdym razem reguły gry były pisane od nowa.
- Era pierwsza: 1996. Nie ma najmu, są zasoby państwowe. Ustawa Wilczka otworzyła prywatny biznes, ale infrastruktura organizacyjna dopiero kiełkuje. Łagoda zaczyna jako młodszy specjalista ds. administracji w spółce wydzielonej z zasobu państwowego. Nie ma maila. Nie ma komputera. Procedury pisze się na maszynie i kopiuje przez kalkę. Colliers, który dziś jest jedną z największych firm doradczych na rynku nieruchomości komercyjnych, startuje w Warszawie z siedmioma osobami. Pierwsza umowa w dolarach, zabezpieczona wekslem in blanco – bo euro nie będzie przez kolejne osiem lat.
- Era druga: 2004. Polska wchodzi do Unii Europejskiej. Zaczyna się boom budowlany. Rynek pracy się zmienia – pracownik staje się centrum uwagi, pojawia się konkurencja o talenty, a biuro przestaje być tylko miejscem, w którym się pracuje. To jest moment, kiedy słowo „workplace" zaczyna cokolwiek znaczyć – choć jeszcze głównie w dużych korporacjach z kapitałem zagranicznym.
- Era trzecia: pandemia i hybryda. COVID-19 nie był dla Łagody zaskoczeniem w tym sensie, że środowisko pracy od lat wysyłało sygnały: organizacje nie rozumiały, jak naprawdę korzystają z przestrzeni. Pandemia sprawiła, że zarządy musiały zapytać. I ktoś musiał odpowiedzieć.
- Era czwarta: po 2023. AI, dane, modele predykcyjne, planowanie dekadowe. Workplace management jako dyscyplina, która wreszcie ma narzędzia do tego, żeby uzasadniać swoje decyzje językiem akceptowalnym dla zarządu. I która jednocześnie jest zagrożona przez to, że narzędzia te może teraz mieć każdy – i ktoś z zewnątrz może przyjść z lepszym modelem niż wewnętrzny zespół.
Łagoda przeszedł przez wszystkie cztery ery w pięciu różnych organizacjach o zupełnie różnej kulturze: Huawei jako start-up, Visa jako firma rodzinna z silną hierarchią, Allegro w trakcie fuzji z grupą MoL (kilka miesięcy spędzonych w Pradze przy konsolidacji struktur w pięciu krajach ), Orange z flotą 1500 aut i podróżami służbowymi jako osobnym ekosystemem logistycznym oraz Tudelsia. Każda z tych organizacji wymagała innego języka, innej taktyki i innej definicji sukcesu. I to właśnie ta różnorodność – nie tytuł ani branżowe certyfikaty – jest źródłem kompetencji, którą Łagoda prezentuje na scenie.
Dyplomacja biznesowa i ludzki interfejs
Jest jeden wątek w wystąpieniu Łagody, który rzadko pojawia się w debacie o workplace managemencie – może dlatego, że jest zbyt miękki, żeby go wpisać do macierzy kompetencji. Ale bez niego cała reszta nie działa.
Łagoda opowiada o fuzji Allegro z grupą MoL i wdrożeniu modelu hybrydowego w pięciu krajach jednocześnie. Konsolidacja zespołów, częściowe zwolnienia, nowe zasady pracy. HR przekazał to do działu workplace z lapidarnym komunikatem: „my to wdrożymy, wy to zorganizujecie". W praktyce oznaczało to, że workplace manager musiał być pierwszym punktem kontaktu dla pracowników, którzy nie rozumieli, dlaczego ich środowisko pracy nagle wygląda inaczej. I często – którzy po prostu potrzebowali, żeby ktoś ich wysłuchał.
– Jesteśmy jedynym miękkim interfejsem organizacji – mówi Łagoda. – Często ludzie potrzebują, żeby ktoś ich tylko wysłuchał.
Ale opowiada też historię odwrotną. Nowy prezes w jednej z firm, w których pracował, zarządził powrót do biura. Nie w formie prośby ani nawet polecenia – w formie, którą Łagoda opisuje jako „najmniej subtelny sposób z możliwych". Efekt był łatwy do przewidzenia: opór, frustracja, w ostatecznym rozrachunku – niekorzystny dla organizacji. Nie dlatego, że powrót do biura był złym pomysłem, lecz dlatego, że sposób jego wdrożenia zniszczył zaufanie, które potem trzeba było odbudowywać miesiącami.
To jest właśnie to, co Łagoda nazywa „dyplomacją biznesową". Wiedzieć, gdzie można kopnąć, a gdzie trzeba postąpić delikatnie. Rozumieć, że zabranie pracownikowi przywileju – nawet jeśli ten przywilej był kosztowny albo nieefektywny – wymaga propozycji, która to osłodzi. Nie dlatego, że pracownicy są dziećmi, których trzeba przekupywać, ale dlatego że zmiana środowiska pracy jest zmianą kontraktu psychologicznego – i każda zmiana kontraktu wymaga negocjacji, nie ogłoszenia.
Łagoda mówi też o czymś, o czym w branży mówi się jeszcze rzadziej: o self-PR zespołu. Dobry workplace manager buduje widoczność swojej funkcji – nie przez narzekanie na niedocenienie, ale przez wypychanie własnych ludzi na scenę, przez świętowanie sukcesów publicznie, budowanie tego, co nazywa „credibility i linią sukcesji" – bo funkcja zależna od jednej osoby i niewidoczna dla reszty organizacji jest pierwsza do cięcia w czasie restrukturyzacji.
– Do jednego slajd, do innego dziesięciostronicowa prezentacja – mówi o komunikacji z różnymi interesariuszami. – CFO znajdował u mnie odpowiedzi, których nie znajdował gdzie indziej. Ale musiałem wiedzieć, jak je podać.
I na koniec zdanie, które pada spontanicznie, niemal przy okazji – i które może być najlepszym podsumowaniem trzydziestu lat w tym zawodzie:
– Jesteśmy najlepszymi psychologami w organizacji. Po prostu nikt nam za to nie płaci.
Co się musi zmienić?
Transformacja roli workplace managera nie dokona się samoistnie. Wymaga zmiany po obu stronach.
Po stronie organizacji: podniesienia rangi funkcji w strukturze raportowania, inwestycji w narzędzia analityczne i – przede wszystkim – gotowości do słuchania odpowiedzi, które będą niewygodne.
Po stronie samych workplace managerów: odejścia od tożsamości wykonawczej na rzecz doradczej, nauczenia się języka finansów i strategii, budowania argumentów, nie próśb.
I jedno, i drugie wymaga odwagi. Ale jak mówi Łagoda – prawda czasem boli. Otwiera też oczy.
Paweł Łagoda wystąpił na konferencji Immersive Workplace 2026 (9–10 czerwca, Warszawa, Cambridge Innovation Center / Varso Place) z sesją „Workplace management 2026 – praktyk z 30-letnim stażem". Łagoda jest CRE Director CEE oraz wiceprezesem Stowarzyszenia Next.
Polecane artykuły
Najnowsze wydanie!

.avif)







.png)
Komentarz