Zamknij

Twój koszyk

Razem: 0.00 zł
Razem z VAT: 0,00 zł
Przejdź do kasy

Mniej znaczy więcej – czas jako kluczowy czynnik w procesie optymalizacji

Współczesne obiekty komercyjne stają się coraz bardziej zaawansowane technologicznie, a obecność rozbudowanych systemów automatyki to już standard. Wraz z cyfryzacją, dostępnością scentralizowanych platform obsługi konserwacji czy zgłoszeń najemców ewoluuje również branża facility management. I choć same budynki potrafią autonomicznie informować nas o anomaliach, to wykorzystanie tych możliwości przez zespoły techniczne wcale nie jest oczywiste. Dlaczego? U podstaw leży konformizm i przekonanie: „po co zmieniać coś, co działa?”. Może właśnie dlatego, że działa mało wydajnie.
REKLAMA

Rygor gwarancji i postgwarancyjny konformizm

Wraz ze wzrostem standardu technologicznego rosną też oczekiwania zarządców nieruchomości wobec obsługi. O ile jednak budynek daje nam wachlarz możliwości, o tyle codzienność techników często wygląda inaczej. Na przykładzie zarządzanej przeze mnie infrastruktury technicznej kompleksu biurowego o powierzchni powyżej 100 tys. m2 GLA chciałbym przedstawić stosowane praktyki łamiące przyjęte schematy zarządcze.

W pierwszych latach eksploatacji obsługa techniczna jest skazana na rygorystyczne wytyczne konserwacyjne zawarte w instrukcji eksploatacji, aby utrzymać gwarancję. Generuje to nie tylko koszty zatrudnienia autoryzowanych serwisów zewnętrznych, ale pochłania też mnóstwo czasu na czynności realizowane siłami własnymi. Przy skrojonych na miarę kontraktach FM-owych jest to do udźwignięcia, choć „choroby wieku dziecięcego” dają się we znaki. Gwaranci z rozmachem narzucają ponadnormatywne częstotliwości i harmonogramy (job plany), chroniąc swój interes finansowy na wypadek ewentualnych roszczeń.

Ale co dzieje się po okresie gwarancji, kiedy obiekt „odchorował” już większość bolączek? Ku mojemu zaskoczeniu w strategii zarządców i kierowników technicznych często nie zmienia się nic. Zdobyliśmy wiedzę o awaryjności, wspieramy się zintegrowanym systemem BMS, ale schemat obsługi pozostaje nietknięty. Z kilkunastoletniego doświadczenia wiem, że to niechęć do zmian dyktowana obawą o utratę kontroli. Odejście od schematu zawsze rodzi dyskusje, ale kluczem jest spojrzenie holistyczne.

Z pomocą przychodzi tu koncepcja Davida Bacha – tzw. efekt latte. Mówi ona o tym, że drobne, nieprzemyślane i pozornie niewidoczne wydatki (np. codzienna kawa na mieście) w dłuższej perspektywie składają się na olbrzymie sumy. W funkcjonowaniu zespołu technicznego takich powtarzalnych, niewnoszących wiele do ogólnej efektywności „wydatków czasu” znajdziemy naprawdę sporo.

Podstawową, najważniejszą i ściśle limitowaną walutą powierzoną obsłudze technicznej jest czas. Nie możemy go wydłużyć ani zatrzymać. Łatwo jest go natomiast „przepalić” na działania, które wydają się ważne, a w rzeczywistości nie wnoszą wartości.

Czas to waluta – zważ, na co ją wydajesz

Wygaśnięcie obowiązków gwarancyjnych otwiera furtkę do optymalizacji: od częstotliwości wizyt drogich serwisów specjalistycznych, przez zmniejszenie skali obchodów infrastruktury, aż po racjonalizację serwisu wewnętrznego. Deficyt czasu prowadzi do powstania backlogu (zaległości), którego często nie da się odrobić, a jego eliminacja rodzi długofalowe koszty. Zatem czy codzienne, kilkugodzinne przemierzanie zakamarków rozległego obiektu na pewno ma sens?

W technicznym zarządzaniu naszym kompleksem mierzyliśmy się z wyzwaniem nadzoru nad 87 pomieszczeniami technicznymi rozsianymi po 5-hektarowej zabudowie. Za cel obrałem eliminację strat czasu. W myśl efektu latte uznałem za konieczne poznanie „od kuchni” całego procesu obchodów z perspektywy technika i kierownika. Zarządca często tego nie widzi. Zmapowaliśmy ścieżki i częstotliwości. Przemówił do nas język liczb. Podążając za myślą Carla Junga: dopóki nie uświadomisz sobie nieświadomego, będzie ono kierowało twoją pracą, a ty nazwiesz to brakiem czasu.

Tradycyjne obchody w języku liczb:
  • 3–4 godziny – tyle pracy technika pochłaniały codziennie same spacery po obiekcie (nie wliczając drobnych napraw czy diagnostyki!).
  • 753–1004 godziny – to bilans w skali roku.
  • 110 dni pracy – tyle czasu rocznie jedna osoba spędzała wyłącznie na fizycznym monitorowaniu infrastruktury.

Odwrócenie schematu i cięcia w inspekcjach

Czy przestaliśmy robić obchody? Oczywiście, że nie. Są niezbędne. Jednak w mojej ocenie postrzeganie zaangażowania zespołu powinno opierać się na realnych wynikach, a nie na tym, jak często technik złożył podpis na liście. Pod presją czasu „odfajkowanie” checklisty staje się celem samym w sobie, a brakuje przestrzeni na small repairs, wyłapywanie pierwszych symptomów zużycia, usuwanie awarii, zgłoszenia najemców czy koordynację podwykonawców.

Rozpoczęliśmy cięcia. Zewidencjonowaliśmy obszary techniczne i sklasyfikowaliśmy instalacje na podstawie stopnia krytyczności, ryzyka dla core business i pokrycia systemem BMS. Wyznaczyliśmy hierarchię i testowaliśmy ją na żywym organizmie. Po wprowadzaniu korekt doszliśmy do banalnego finału: obecnie wszystkie pomieszczenia techniczne poddawane są dokładnej inspekcji raz w tygodniu (plus cotygodniowe obchody dachów).

Brzmi strasznie? Po ponad dwóch latach stosowania inspekcji w wersji light obiekt funkcjonuje w pełni stabilnie, bez wysypu awarii, efektu jojo w zgłoszeniach i bez ciągłego „gaszenia pożarów”. Czas poświęcany na fizyczne sprawdzanie urządzeń drastycznie spadł: z 4 godzin dziennie przez 5 dni w tygodniu do średnio 3–4 godzin raz w tygodniu.

BMS jako poranna kawa

Kiedy myślimy o inspekcji, wyobrażamy sobie niezakłóconą marszrutę techników rzetelnie notujących parametry. Tyle że praca ta bywa machinalna, przerywana telefonami i „wrzutkami”. Zapominamy też, że przy okazji innych zadań lub asystowania podwykonawcom technicy i tak wchodzą do tych pomieszczeń. Pracownik z dobrymi odruchami instynktownie to wykorzysta. Taka postawa wymaga jednak mądrego zarządzania i partnerstwa biznesowego opartego na zaufaniu.

Ogromnym wsparciem są tablety – pozwalają z niemal każdego miejsca połączyć się z BMS i zweryfikować parametry. Zasadniczo nie wyobrażam sobie rozpoczęcia dnia w obiekcie bez przeglądu logów w systemie. BMS jest dla zespołu tym, czym poranna kawa. Wyjście na obchód w ciemno to jak wyjazd w trasę bez zaplanowania drogi i bez mapy utrudnień.

Warto zapytać: czego oczekujemy od zespołu? Widoczności czy efektywności? Jeśli coś ma ulec awarii, i tak prawdopodobnie zepsuje się, gdy nikogo nie będzie w pobliżu. Jaki jest sens codziennej, machinalnej wizyty w maszynowni chłodu? Zamiast nabijać kilometry, korzystamy z BMS, który często potrafi podpowiedzieć usterkę, jakiej fizycznie nawet byśmy nie zauważyli.

Jako menedżer patrzę na procesy przez pryzmat proporcjonalności i wskaźnika risk-reward ratio. To jak w treningu siłowym: po przekroczeniu pewnej liczby serii krzywa efektywności się wypłaszcza, a dalszy wysiłek grozi przetrenowaniem.

Zaufanie do załogi i rola kapitana statku

Tak właśnie postrzegam tradycyjne strategie, które praktykowaliśmy przed wdrożeniem zmian – jako biznesowe „przetrenowanie”. Nasze nowe podejście przynosi długofalowe oszczędności, a mimo procesu starzenia się obiektu z sukcesem utrzymujemy wysoce optymalny stosunek zatrudnienia do powierzchni GLA.

Jako organizacja budujemy relacje wspierające nieszablonowe inicjatywy. Ufam wiedzy i doświadczeniu moich zespołów niczym kapitan statku rejsowego. Pasażerowie komfortowo podróżując, nie widzą tego, co dzieje się pod pokładem, a tam nierzadko załoga musi urobić się po łokcie. Kapitan musi ufać zespołowi, aby ten ufał jemu i podążał wyznaczonym kursem.

Zachęcam do podjęcia rękawicy i wzięcia omawianego tematu pod lupę we własnych organizacjach. W najgorszym wypadku zawsze można zrobić krok wstecz. Brak decyzji to również decyzja, dlatego zachęcam do odwagi – tylko tak można osiągać nietypowe wyniki.


REKLAMA
Subscribe to newsletter

Subscribe to receive the latest blog posts to your inbox every week.

By subscribing you agree to with our Privacy Policy.
Thank you! Your submission has been received!
Oops! Something went wrong while submitting the form.

Polecane artykuły

Grupa Kabar wyłącznym dystrybutorem technologii HYTING w Polsce: Przełom w bezemisyjnym ogrzewaniu wodorowym

Grupa Kabar, uznany dostawca technologii budynkowych, sfinalizowała umowę na wyłączną dystrybucję innowacyjnych systemów grzewczych niemieckiej firmy HYTING na polskim rynku. Porozumienie dotyczy bezpłomieniowych nagrzewnic wodorowych opartych na utlenianiu katalitycznym – technologii, która umożliw

REMER modernizuje PGE Narodowy: Powstał największy system łączności Active DAS w Europie Środkowo-Wschodniej

PGE Narodowy w Warszawie zyskał największy system Active DAS spośród wszystkich stadionów w Europie Środkowo-Wschodniej. Nowa infrastruktura znacząco podnosi jakość usług mobilnych podczas najbardziej wymagających wydarzeń masowych, z udziałem nawet 58 tys. widzów. System przeszedł już swój „chrzest

Najnowsze wydanie!

Magazyn
02/2026
05
<< ARTYKUŁ TOWARZYSZĄCY

Mniej znaczy więcej – czas jako kluczowy czynnik w procesie optymalizacji

11.05.2026
Rozmawiał/-a
Sylwia Łysak
Stanowisko
Współczesne obiekty komercyjne stają się coraz bardziej zaawansowane technologicznie, a obecność rozbudowanych systemów automatyki to już standard. Wraz z cyfryzacją, dostępnością scentralizowanych platform obsługi konserwacji czy zgłoszeń najemców ewoluuje również branża facility management. I choć same budynki potrafią autonomicznie informować nas o anomaliach, to wykorzystanie tych możliwości przez zespoły techniczne wcale nie jest oczywiste. Dlaczego? U podstaw leży konformizm i przekonanie: „po co zmieniać coś, co działa?”. Może właśnie dlatego, że działa mało wydajnie.
REKLAMA

Rygor gwarancji i postgwarancyjny konformizm

Wraz ze wzrostem standardu technologicznego rosną też oczekiwania zarządców nieruchomości wobec obsługi. O ile jednak budynek daje nam wachlarz możliwości, o tyle codzienność techników często wygląda inaczej. Na przykładzie zarządzanej przeze mnie infrastruktury technicznej kompleksu biurowego o powierzchni powyżej 100 tys. m2 GLA chciałbym przedstawić stosowane praktyki łamiące przyjęte schematy zarządcze.

W pierwszych latach eksploatacji obsługa techniczna jest skazana na rygorystyczne wytyczne konserwacyjne zawarte w instrukcji eksploatacji, aby utrzymać gwarancję. Generuje to nie tylko koszty zatrudnienia autoryzowanych serwisów zewnętrznych, ale pochłania też mnóstwo czasu na czynności realizowane siłami własnymi. Przy skrojonych na miarę kontraktach FM-owych jest to do udźwignięcia, choć „choroby wieku dziecięcego” dają się we znaki. Gwaranci z rozmachem narzucają ponadnormatywne częstotliwości i harmonogramy (job plany), chroniąc swój interes finansowy na wypadek ewentualnych roszczeń.

Ale co dzieje się po okresie gwarancji, kiedy obiekt „odchorował” już większość bolączek? Ku mojemu zaskoczeniu w strategii zarządców i kierowników technicznych często nie zmienia się nic. Zdobyliśmy wiedzę o awaryjności, wspieramy się zintegrowanym systemem BMS, ale schemat obsługi pozostaje nietknięty. Z kilkunastoletniego doświadczenia wiem, że to niechęć do zmian dyktowana obawą o utratę kontroli. Odejście od schematu zawsze rodzi dyskusje, ale kluczem jest spojrzenie holistyczne.

Z pomocą przychodzi tu koncepcja Davida Bacha – tzw. efekt latte. Mówi ona o tym, że drobne, nieprzemyślane i pozornie niewidoczne wydatki (np. codzienna kawa na mieście) w dłuższej perspektywie składają się na olbrzymie sumy. W funkcjonowaniu zespołu technicznego takich powtarzalnych, niewnoszących wiele do ogólnej efektywności „wydatków czasu” znajdziemy naprawdę sporo.

Podstawową, najważniejszą i ściśle limitowaną walutą powierzoną obsłudze technicznej jest czas. Nie możemy go wydłużyć ani zatrzymać. Łatwo jest go natomiast „przepalić” na działania, które wydają się ważne, a w rzeczywistości nie wnoszą wartości.

Czas to waluta – zważ, na co ją wydajesz

Wygaśnięcie obowiązków gwarancyjnych otwiera furtkę do optymalizacji: od częstotliwości wizyt drogich serwisów specjalistycznych, przez zmniejszenie skali obchodów infrastruktury, aż po racjonalizację serwisu wewnętrznego. Deficyt czasu prowadzi do powstania backlogu (zaległości), którego często nie da się odrobić, a jego eliminacja rodzi długofalowe koszty. Zatem czy codzienne, kilkugodzinne przemierzanie zakamarków rozległego obiektu na pewno ma sens?

W technicznym zarządzaniu naszym kompleksem mierzyliśmy się z wyzwaniem nadzoru nad 87 pomieszczeniami technicznymi rozsianymi po 5-hektarowej zabudowie. Za cel obrałem eliminację strat czasu. W myśl efektu latte uznałem za konieczne poznanie „od kuchni” całego procesu obchodów z perspektywy technika i kierownika. Zarządca często tego nie widzi. Zmapowaliśmy ścieżki i częstotliwości. Przemówił do nas język liczb. Podążając za myślą Carla Junga: dopóki nie uświadomisz sobie nieświadomego, będzie ono kierowało twoją pracą, a ty nazwiesz to brakiem czasu.

Tradycyjne obchody w języku liczb:
  • 3–4 godziny – tyle pracy technika pochłaniały codziennie same spacery po obiekcie (nie wliczając drobnych napraw czy diagnostyki!).
  • 753–1004 godziny – to bilans w skali roku.
  • 110 dni pracy – tyle czasu rocznie jedna osoba spędzała wyłącznie na fizycznym monitorowaniu infrastruktury.

Odwrócenie schematu i cięcia w inspekcjach

Czy przestaliśmy robić obchody? Oczywiście, że nie. Są niezbędne. Jednak w mojej ocenie postrzeganie zaangażowania zespołu powinno opierać się na realnych wynikach, a nie na tym, jak często technik złożył podpis na liście. Pod presją czasu „odfajkowanie” checklisty staje się celem samym w sobie, a brakuje przestrzeni na small repairs, wyłapywanie pierwszych symptomów zużycia, usuwanie awarii, zgłoszenia najemców czy koordynację podwykonawców.

Rozpoczęliśmy cięcia. Zewidencjonowaliśmy obszary techniczne i sklasyfikowaliśmy instalacje na podstawie stopnia krytyczności, ryzyka dla core business i pokrycia systemem BMS. Wyznaczyliśmy hierarchię i testowaliśmy ją na żywym organizmie. Po wprowadzaniu korekt doszliśmy do banalnego finału: obecnie wszystkie pomieszczenia techniczne poddawane są dokładnej inspekcji raz w tygodniu (plus cotygodniowe obchody dachów).

Brzmi strasznie? Po ponad dwóch latach stosowania inspekcji w wersji light obiekt funkcjonuje w pełni stabilnie, bez wysypu awarii, efektu jojo w zgłoszeniach i bez ciągłego „gaszenia pożarów”. Czas poświęcany na fizyczne sprawdzanie urządzeń drastycznie spadł: z 4 godzin dziennie przez 5 dni w tygodniu do średnio 3–4 godzin raz w tygodniu.

BMS jako poranna kawa

Kiedy myślimy o inspekcji, wyobrażamy sobie niezakłóconą marszrutę techników rzetelnie notujących parametry. Tyle że praca ta bywa machinalna, przerywana telefonami i „wrzutkami”. Zapominamy też, że przy okazji innych zadań lub asystowania podwykonawcom technicy i tak wchodzą do tych pomieszczeń. Pracownik z dobrymi odruchami instynktownie to wykorzysta. Taka postawa wymaga jednak mądrego zarządzania i partnerstwa biznesowego opartego na zaufaniu.

Ogromnym wsparciem są tablety – pozwalają z niemal każdego miejsca połączyć się z BMS i zweryfikować parametry. Zasadniczo nie wyobrażam sobie rozpoczęcia dnia w obiekcie bez przeglądu logów w systemie. BMS jest dla zespołu tym, czym poranna kawa. Wyjście na obchód w ciemno to jak wyjazd w trasę bez zaplanowania drogi i bez mapy utrudnień.

Warto zapytać: czego oczekujemy od zespołu? Widoczności czy efektywności? Jeśli coś ma ulec awarii, i tak prawdopodobnie zepsuje się, gdy nikogo nie będzie w pobliżu. Jaki jest sens codziennej, machinalnej wizyty w maszynowni chłodu? Zamiast nabijać kilometry, korzystamy z BMS, który często potrafi podpowiedzieć usterkę, jakiej fizycznie nawet byśmy nie zauważyli.

Jako menedżer patrzę na procesy przez pryzmat proporcjonalności i wskaźnika risk-reward ratio. To jak w treningu siłowym: po przekroczeniu pewnej liczby serii krzywa efektywności się wypłaszcza, a dalszy wysiłek grozi przetrenowaniem.

Zaufanie do załogi i rola kapitana statku

Tak właśnie postrzegam tradycyjne strategie, które praktykowaliśmy przed wdrożeniem zmian – jako biznesowe „przetrenowanie”. Nasze nowe podejście przynosi długofalowe oszczędności, a mimo procesu starzenia się obiektu z sukcesem utrzymujemy wysoce optymalny stosunek zatrudnienia do powierzchni GLA.

Jako organizacja budujemy relacje wspierające nieszablonowe inicjatywy. Ufam wiedzy i doświadczeniu moich zespołów niczym kapitan statku rejsowego. Pasażerowie komfortowo podróżując, nie widzą tego, co dzieje się pod pokładem, a tam nierzadko załoga musi urobić się po łokcie. Kapitan musi ufać zespołowi, aby ten ufał jemu i podążał wyznaczonym kursem.

Zachęcam do podjęcia rękawicy i wzięcia omawianego tematu pod lupę we własnych organizacjach. W najgorszym wypadku zawsze można zrobić krok wstecz. Brak decyzji to również decyzja, dlatego zachęcam do odwagi – tylko tak można osiągać nietypowe wyniki.


Dostęp tylko dla zarejestrowanych użytkowników

Aby przeczytać ten artykuł, musisz się zarejestrować i zalogować.

Zarejestruj się teraz

Rygor gwarancji i postgwarancyjny konformizm

Wraz ze wzrostem standardu technologicznego rosną też oczekiwania zarządców nieruchomości wobec obsługi. O ile jednak budynek daje nam wachlarz możliwości, o tyle codzienność techników często wygląda inaczej. Na przykładzie zarządzanej przeze mnie infrastruktury technicznej kompleksu biurowego o powierzchni powyżej 100 tys. m2 GLA chciałbym przedstawić stosowane praktyki łamiące przyjęte schematy zarządcze.

W pierwszych latach eksploatacji obsługa techniczna jest skazana na rygorystyczne wytyczne konserwacyjne zawarte w instrukcji eksploatacji, aby utrzymać gwarancję. Generuje to nie tylko koszty zatrudnienia autoryzowanych serwisów zewnętrznych, ale pochłania też mnóstwo czasu na czynności realizowane siłami własnymi. Przy skrojonych na miarę kontraktach FM-owych jest to do udźwignięcia, choć „choroby wieku dziecięcego” dają się we znaki. Gwaranci z rozmachem narzucają ponadnormatywne częstotliwości i harmonogramy (job plany), chroniąc swój interes finansowy na wypadek ewentualnych roszczeń.

Ale co dzieje się po okresie gwarancji, kiedy obiekt „odchorował” już większość bolączek? Ku mojemu zaskoczeniu w strategii zarządców i kierowników technicznych często nie zmienia się nic. Zdobyliśmy wiedzę o awaryjności, wspieramy się zintegrowanym systemem BMS, ale schemat obsługi pozostaje nietknięty. Z kilkunastoletniego doświadczenia wiem, że to niechęć do zmian dyktowana obawą o utratę kontroli. Odejście od schematu zawsze rodzi dyskusje, ale kluczem jest spojrzenie holistyczne.

Z pomocą przychodzi tu koncepcja Davida Bacha – tzw. efekt latte. Mówi ona o tym, że drobne, nieprzemyślane i pozornie niewidoczne wydatki (np. codzienna kawa na mieście) w dłuższej perspektywie składają się na olbrzymie sumy. W funkcjonowaniu zespołu technicznego takich powtarzalnych, niewnoszących wiele do ogólnej efektywności „wydatków czasu” znajdziemy naprawdę sporo.

Podstawową, najważniejszą i ściśle limitowaną walutą powierzoną obsłudze technicznej jest czas. Nie możemy go wydłużyć ani zatrzymać. Łatwo jest go natomiast „przepalić” na działania, które wydają się ważne, a w rzeczywistości nie wnoszą wartości.

Czas to waluta – zważ, na co ją wydajesz

Wygaśnięcie obowiązków gwarancyjnych otwiera furtkę do optymalizacji: od częstotliwości wizyt drogich serwisów specjalistycznych, przez zmniejszenie skali obchodów infrastruktury, aż po racjonalizację serwisu wewnętrznego. Deficyt czasu prowadzi do powstania backlogu (zaległości), którego często nie da się odrobić, a jego eliminacja rodzi długofalowe koszty. Zatem czy codzienne, kilkugodzinne przemierzanie zakamarków rozległego obiektu na pewno ma sens?

W technicznym zarządzaniu naszym kompleksem mierzyliśmy się z wyzwaniem nadzoru nad 87 pomieszczeniami technicznymi rozsianymi po 5-hektarowej zabudowie. Za cel obrałem eliminację strat czasu. W myśl efektu latte uznałem za konieczne poznanie „od kuchni” całego procesu obchodów z perspektywy technika i kierownika. Zarządca często tego nie widzi. Zmapowaliśmy ścieżki i częstotliwości. Przemówił do nas język liczb. Podążając za myślą Carla Junga: dopóki nie uświadomisz sobie nieświadomego, będzie ono kierowało twoją pracą, a ty nazwiesz to brakiem czasu.

Tradycyjne obchody w języku liczb:
  • 3–4 godziny – tyle pracy technika pochłaniały codziennie same spacery po obiekcie (nie wliczając drobnych napraw czy diagnostyki!).
  • 753–1004 godziny – to bilans w skali roku.
  • 110 dni pracy – tyle czasu rocznie jedna osoba spędzała wyłącznie na fizycznym monitorowaniu infrastruktury.

Odwrócenie schematu i cięcia w inspekcjach

Czy przestaliśmy robić obchody? Oczywiście, że nie. Są niezbędne. Jednak w mojej ocenie postrzeganie zaangażowania zespołu powinno opierać się na realnych wynikach, a nie na tym, jak często technik złożył podpis na liście. Pod presją czasu „odfajkowanie” checklisty staje się celem samym w sobie, a brakuje przestrzeni na small repairs, wyłapywanie pierwszych symptomów zużycia, usuwanie awarii, zgłoszenia najemców czy koordynację podwykonawców.

Rozpoczęliśmy cięcia. Zewidencjonowaliśmy obszary techniczne i sklasyfikowaliśmy instalacje na podstawie stopnia krytyczności, ryzyka dla core business i pokrycia systemem BMS. Wyznaczyliśmy hierarchię i testowaliśmy ją na żywym organizmie. Po wprowadzaniu korekt doszliśmy do banalnego finału: obecnie wszystkie pomieszczenia techniczne poddawane są dokładnej inspekcji raz w tygodniu (plus cotygodniowe obchody dachów).

Brzmi strasznie? Po ponad dwóch latach stosowania inspekcji w wersji light obiekt funkcjonuje w pełni stabilnie, bez wysypu awarii, efektu jojo w zgłoszeniach i bez ciągłego „gaszenia pożarów”. Czas poświęcany na fizyczne sprawdzanie urządzeń drastycznie spadł: z 4 godzin dziennie przez 5 dni w tygodniu do średnio 3–4 godzin raz w tygodniu.

BMS jako poranna kawa

Kiedy myślimy o inspekcji, wyobrażamy sobie niezakłóconą marszrutę techników rzetelnie notujących parametry. Tyle że praca ta bywa machinalna, przerywana telefonami i „wrzutkami”. Zapominamy też, że przy okazji innych zadań lub asystowania podwykonawcom technicy i tak wchodzą do tych pomieszczeń. Pracownik z dobrymi odruchami instynktownie to wykorzysta. Taka postawa wymaga jednak mądrego zarządzania i partnerstwa biznesowego opartego na zaufaniu.

Ogromnym wsparciem są tablety – pozwalają z niemal każdego miejsca połączyć się z BMS i zweryfikować parametry. Zasadniczo nie wyobrażam sobie rozpoczęcia dnia w obiekcie bez przeglądu logów w systemie. BMS jest dla zespołu tym, czym poranna kawa. Wyjście na obchód w ciemno to jak wyjazd w trasę bez zaplanowania drogi i bez mapy utrudnień.

Warto zapytać: czego oczekujemy od zespołu? Widoczności czy efektywności? Jeśli coś ma ulec awarii, i tak prawdopodobnie zepsuje się, gdy nikogo nie będzie w pobliżu. Jaki jest sens codziennej, machinalnej wizyty w maszynowni chłodu? Zamiast nabijać kilometry, korzystamy z BMS, który często potrafi podpowiedzieć usterkę, jakiej fizycznie nawet byśmy nie zauważyli.

Jako menedżer patrzę na procesy przez pryzmat proporcjonalności i wskaźnika risk-reward ratio. To jak w treningu siłowym: po przekroczeniu pewnej liczby serii krzywa efektywności się wypłaszcza, a dalszy wysiłek grozi przetrenowaniem.

Zaufanie do załogi i rola kapitana statku

Tak właśnie postrzegam tradycyjne strategie, które praktykowaliśmy przed wdrożeniem zmian – jako biznesowe „przetrenowanie”. Nasze nowe podejście przynosi długofalowe oszczędności, a mimo procesu starzenia się obiektu z sukcesem utrzymujemy wysoce optymalny stosunek zatrudnienia do powierzchni GLA.

Jako organizacja budujemy relacje wspierające nieszablonowe inicjatywy. Ufam wiedzy i doświadczeniu moich zespołów niczym kapitan statku rejsowego. Pasażerowie komfortowo podróżując, nie widzą tego, co dzieje się pod pokładem, a tam nierzadko załoga musi urobić się po łokcie. Kapitan musi ufać zespołowi, aby ten ufał jemu i podążał wyznaczonym kursem.

Zachęcam do podjęcia rękawicy i wzięcia omawianego tematu pod lupę we własnych organizacjach. W najgorszym wypadku zawsze można zrobić krok wstecz. Brak decyzji to również decyzja, dlatego zachęcam do odwagi – tylko tak można osiągać nietypowe wyniki.


REKLAMA
O autorze
O rozmówcach